Uwielbiam góry. Uwielbiam weekendy spędzone na wspinaczkach, wyciskaniu siódmych potów, by po ponad 3 godzinach męczarni spojrzeć w dół i ujrzeć zapierający dech w piersiach widok. Mimo, że moja kondycja po 4 miesiącach siedzenia w domu, gdzie jedynym ruchem było sięganie po książkę, herbate lub trasa kuchnia-pokój, a od święta 15 minutowy spacer, po którym sapałam jak po maratońskim biegu, woła o pomstę do nieba, to jednak lubię się sprawdzać i pokonywać słabości. [łał. jestem mistrzynią w tworzeniu rozbudowanych zdań:D] Wiem, że te najdłuższe wakacje poszły na marne pod względem dbania o siebie, wiem, że za tydzień po 5 latach nie ćwiczenia na wf-ie będę chciała się przemóc, choć nie wiem co z tego wyjdzie. Jeśli nie wyjdzie nic, zrezygnuję, zdrowia nie będę narażać. Ale jednak poszło mi w górę o ponad 7kg, więc byłoby miło coś z tym zrobić. O ile książek i filmów nadrobiłam bardzo dużo, o tyle teraz będę musiała nadrobić w ubytkach ciuchowych, bo do spodni, któ pasowały w maju już ledwo się wciskam. Powolutku zbliżam się do granicy krytycznej, a to zapala mi czerwoną lampkę i wszczyna nieustający alarm. :D Więc teraz nie pozostaje nic tylko NAPRAWDĘ wziąć się za siebie;D

‘Dla człowieka piszącego nie ma większej męki niż pisanie rzeczy zbytecznych’
/BEZPOWROTNIE UTRACONA LEWORĘCZNOŚĆ
JERZY PILCH  /